|
|
You are viewing the most recent 20 entries October 26th, 200910:09 pm: O tej, którą jestem
Ma rude włosy i nadal nie umie nazwać koloru swoich oczu. Je niemalże tylko rośliny i piecze dużo ciast. Rozdaje je znajomym, cieszy się widząc, że im smakują, nieśmiało przyzwyczajając się do myśli, że może kiedyś zacznie gotować nie tylko dla siebie. Jeździ na rowerze, tańczy, kiedy tylko ma okazję, ubrana w jaskrawo pomarańczowy strój gra na grzechotce z puszki. Ubiera się w coraz więcej barw w coraz śmielszych kombinacjach. Uśmiecha się na zdjęciach. Próbuje sama robić biżuterię. Wyobraża sobie przyszłość, w której nauczy się robić także naturalną pastę do zębów i zacznie hodować warzywa w ustawionych na parapecie doniczkach. Jest kolorowa i jest szczęśliwa. Niemalże codziennie gdzieś wychodzi, w radosnym studenckim życiu zapominając o studiowaniu. Prawie wcale nie stresuje się czekającymi na napisanie pracami i książkami, które powinna czytać. Martwią ją zmiany klimatyczne, przepaść między biednymi a bogatymi, niesprawiedliwość, okrucieństwo i dumny z siebie egoizm. Postawiona twarzą w twarz z ignorancją i obojętnością gaśnie i zamyka się w sobie, ale też tylko na chwilę, bo mimo wszystko wierzy i pragnie wierzyć już zawsze, do samego końca. Przyjaźni się z grupą aktywistów, przyjaźni się też z innymi ludźmi, ale z aktywistami spędza najwięcej czasu. Zaczepia przechodniów, namawiając ich do bojkotu pochodzących z Izraela produktów lub, z okularkami do pływania w ręku, zwracając uwagę na podnoszący się poziom morza. Potrafi rozmawiać z przypadkowymi osobami na ulicy. Potrafi nieść czołowy transparent na demonstracji, uśmiechać się do wszystkich fotografów, wołać, śpiewać i tańczyć na środku ulicy. Potrafi siedzieć na tej ulicy w pierwszym rzędzie protestujących i nie bać się, nawet gdy jej kolega raz po raz powtarza, że ustawieni na przeciwko policjanci zaraz na pewno aresztują parę osób. Nie boi się policji, nie chce być "law-abiding citizen", czuje, że być może jest bardziej radykalna i zadziorna, niż powinna. Pragnie strząsnąć z siebie resztki nieśmiałości i już więcej nie kryć swoich pomysłów. Protest i sen pod gołym niebem w połowie października nazywa jednym z najlepszych weekendów w życiu. Kocha swoje sny o długiej włóczędze. Chce nauczyć się hiszpańskiego i wyjechać uczyć dzieci w Ameryce Południowej. Nie znosi marnowania energii, centrów handlowych, reklam i międzynarodowych korporacji. Pragnie pokazać innym piękno świata i piękno istnienia. Czasem, głównie nocą, skulona pod kołdrą, patrzę jej prosto w oczy i boję się jej. Onieśmielają mnie jej śmiałe wizje. Czuję się niezręcznie w jej śmiechu i radości, myślę, że jej przyjaciele nigdy by mnie nie zaakceptowali. Myślę, że nie potrafię być nią, chociaż to właśnie nią teraz jestem, robię dokładnie to, co ona, wierzę tak, jak ona, jej marzenia są moimi marzeniami. To normalne, że rany po zmianach potrzebują czasu, żeby się zagoić. Te po ostrych cięciach i stuosiemdziesięciostopniowych zmianach kierunku potrzebują pewnie jeszcze więcej. Raz po raz odzywają się wątpliwości, swędzenie podsuwa myśl, że może wszystko było błędem, ból, że nowa rola będzie za trudna i że nie da się rady. Ale zmiana już się dokonała, a powrót, jeśli w ogóle możliwy, pewnie byłby jeszcze bardziej bolesny niż oczekiwanie aż zrosną się wszystkie elementy nowej całości.
October 13th, 200910:03 pm: O dwóch wieczorach
Wieczór pierwszy: Spóźniona jak zawsze jadę na rowerze przez Norwich, ciesząc się, że przestało padać nim wyszłam z domu i mając nadzieję, że z powrotem rozpada się dopiero, gdy znajdę się u znajomych. Udaje mi się. Gdy przez wiecznie otwarte drzwi wchodzę do kuchni, trwa gotowanie, bo tylko ja przyniosłam coś więcej niż przypadkowe składniki. Wszystko jest wegańskie: mój kuskus, mieszanka warzyw, ryż z mlekiem kokosowym, gotowane kasztany i przypalona soczewica. Uwielbiam te spotkania, na których nie muszę się martwić tym, czy jedzenie nadaje się także dla mnie. Uwielbiam nie przejmować się tym, czy makijaż spłynął mi po twarzy, czy w ogóle chciało mi się nałożyć jakiś makijaż, czy noszę ładną bluzkę czy jakąś powyciąganą koszulkę. Uwielbiam herbatę w olbrzymich ilościach. Tym razem mocną, słodką, z listkiem mięty, taką, jaką przygotowała Inga w przewiezionych z Jordanu specjalnych szklaneczkach. Rozmawiamy o znaczeniu i celu edukacji, o religii i o różnych bzdurach. Szykujemy plakat, który zamierzamy powiesić w TopShopie. Czerwonymi literami piszemy "topshop = sweatshop" i niebieskimi "pay workers fairly". Rozmazujemy farbę na rękach, sobie i sobie nawzajem. Oczy same mi się zamykają, ale wcale nie spieszy mi się do domu. Wieczór drugi: Wykręcona jakiś czas temu kostka wciąż nieco boli, więc wolę nie zakładać butów na obcasie. Wybieram w miarę ładne płaskie, do tego fioletowe spodnie i ładna bluzka. Po raz pierwszy od paru miesięcy mój czarny płaszczyk. Idę przez Norwich z butelką wina, które niedługo później piję z Vicki i Richem. Pijemy też wódkę z sokiem pomarańczowym i gramy w gry planszowe. Tak przez chwilę. Potem, gdy świat zaczyna się kołysać, wychodzimy, kupujemy jeszcze trochę alkoholu i pijemy go po drodze do studenckiego klubu. Świat kołysze się coraz bardziej. Już na kampusie, gdy Vicki zmienia buty z wygodnych na ładne, Lia, dziewczyna z zajęć o Stalinie, cieszy się na mój widok. Też cieszę się na jej widok, chociaż wcale się nie znamy. Chwilę później znika, a my idziemy tańczyć. Muzyka jest nie najgorsza, bo nie nowa i naprawdę bawię się dobrze, myśląc o tym, jak bardzo nie chcę wyjeżdżać z Norwich i jak nie zostawiłabym Richa i Vicki dla tych ludzi, których poznałam później. Świat się kołysze. Jest tak, jak na pierwszym roku, ale ja nie jestem już taka, jak wtedy. Nawet jeśli dobrze się bawię, perspektywa kolejnego takiego wieczoru nieco bardziej mnie przeraża, niż cieszy. Nie chcę tracić żadnych znajomych, ale nie chcę też być częścią tłumu pijanych ludzi. Może wolę, żeby świat kołysał się od śmiechu, niż od alkoholu? Może się starzeję? Może za bardzo się zmieniam? Potrafię cieszyć się różnymi wieczorami, ale to takich, jak ten pierwszy, nie mogę się doczekać.
October 8th, 200910:04 am: O życiu w Norwich
Bardzo droga herbata była wyśmienita. Pachnęła jak ciasto, smakowała czekoladą i cynamonem. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że była tak bardzo droga, więc piliśmy ją spokojnie, rozmawiając o tym i o owym. Powoli poprawiał mi się nastrój. Niecałe pół godziny wcześniej zostałam powitana słowami "you look depressed", co, przyznaję, nieco mnie zaskoczyło, bo, owszem, miałam kilka zmartwień, ale nie jakichś przerażająco wielkich. A teraz nawet one odeszły, kiedy wyobrażałam sobie galop przez Mongolię. I co z tego, że Gabriel nigdy w życiu nie jeździł konno, a mój galop zawsze wygląda, jakby lada chwila miał się skończyć jakąś wielką katastrofą? Podróż konno przez Mongolię i w głąb Syberii, to by było coś! Nie wychodzi nam francuski taniec. Plączą nam się nogi i wypadamy z rytmu, bo rytm jest jakiś dziwny, ale i tak świetnie się bawimy skacząc i wyprzedzając inne pary. Musimy przychodzić co miesiąc, przyprowadzić więcej osób, więcej tańczyć, najlepiej w lesie podczas pełni księżyca. Koniecznie! I oglądać więcej filmów. I przygotować dobry obiad dla Craiga, kiedy już skończy organizować tę wielką imprezę i będzie miał więcej czasu. Wiem, że to mój ostatni rok w Norwich, więc mam nadzieję, że jak najwięcej planów uda się wprowadzić w życie, że wykorzystam każdy dzień, każdą chwilę. Na razie mieszkam z Emily w domu na trzy osoby i bardzo potrzebujemy tej trzeciej, chociaż bez niej jest przyjaźnie, domowo i przytulnie. Byłam na dwóch niesamowitych koncertach i ognisku. Spotkałam Kelly, która wróciła do Norwich i dzisiaj wieczorem idziemy do podobno przyjemnego pubu. Znowu wplątałam się w coś, czym nie chcę się zajmować. I w wiele rzeczy, którymi bardzo chcę się zająć, ale brakuje mi odwagi i pewności siebie. Prawie nie mam zajęć, siedzę w domu i czytam, plotkuję nad koktajlami owocowymi, chwytam momenty. Znowu jestem w Norwich i nie mogę sobie wyobrazić, że za niecały rok wyjadę stąd na dobre.
May 31st, 200912:13 pm: O najpiękniejszych chwilach
Leżę na trawie, drżąc przy każdym chłodniejszym podmuchu wiatru. Włosy wciąż mam mokre po wcześniejszej kąpieli w rzece. Otulam się pomarańczowym swetrem, szczęśliwa, że w ostatniej chwili zdecydowałam się wziąć go ze sobą. Czytamy wiersze. Gabriel lekko zabarwione dowcipem, Hannah melancholijne, Josh przesycone absurdem. Ja też czytam mój wiersz o Fridzie Kahlo. Jest po polsku, więc nikt go nie rozumie. Bariera językowa nigdy nie boli tak bardzo, jak wtedy, kiedy umie się rozmawiać na większość tematów, ale nie można podzielić się swoją twórczością. Podczas długiego spaceru znajdujemy porzucone na ścieżce pomarańcze i winogrona. Zjadamy je, nie rzucając w siebie skórką, ale równie dobrze moglibyśmy to zrobić, nie byłoby to bardzo różne od naszej bitwy na wodorosty. Gabriel próbuje ustawiać nas od zdjęć, bo chce skończyć film w aparacie, ale nie dajemy się i uparcie walczymy z dyktatorską władzą. Leejiah, nikogo nie pytając o zgodę, robi mnóstwo zdjęć. Idę przed siebie przez łąkę, spódnica oplata mi się wokół nóg, słońce ogrzewa moją twarz, jestem szczęśliwa. Jestem szczęśliwa każdego dnia, nawet niemalże płacząc nad światem. Nawet zmęczona, zagubiona i przerażona przyszłością nie przestaję kochać życia. Gdyby tylko przyszłość wyglądała tak, jak wygląda w naszych rozmowach. Gdyby tylko Hannah i Anna nie wyjeżdżały. Gdyby tylko dało się zatrzymać najpiękniejsze chwile i przeżywać je raz po raz, wciąż na nowo, tak, by nigdy się nie skończyły.
May 19th, 200909:42 pm: O dorastaniu
Deszcz raz po raz stukający o szyby, wilgoć powietrza i zapach angielskiego domu niespodziewanie przypomniały mi o obozach, na które zwykłam jeździć w dzieciństwie. Gdzieś w lesie, w namiotach lub domkach kempingowych, z których do łazienki wiodła zawiła droga między drzewami. Jaką wspaniałą zabawą było udawać, że się śpi, a tak naprawdę nie spać i snuć opowieści mające zmrozić krew w żyłach. Jakie cudowne były wycieczki, na które tak często wcale a wcale nie miało się ochoty. Jak bardzo miałam dosyć tych wszystkich ludzi, którzy śmiali się z mojej arachnofobii, lecz silącym się na dojrzałość głosem zawsze podkreślali powagę lęku wysokości, który z kolei ja uważałam za całkiem bezsensowny. Zrobiło mi się trochę żal, że już nigdy nie pojadę na taki obóz. Mogłabym, oczywiście, wybrać się jako część kadry, znaleźć się po drugiej stronie, pić, kiedy dzieci udają, że śpią i udawać, że nie mają one o tym piciu najmniejszego pojęcia. Ale to nie o to chodzi. Teraz ciągnie mnie zupełnie gdzie indziej. Twierdziłam, że nie jestem śliczna, tylko oryginalna. Nie wychodziły mi najprostsze rzeczy, które każdy umiał. Na przykład nigdy nie potrafiłam zrobić wianka. Nie potrafię tego do dzisiaj i do dzisiaj jest to problemem, bo tak samo, jak kiedyś, kocham nosić kwiaty we włosach. Kiedyś chowałam przed mamą ślimaki, których chciała się pozbyć z ogrodu, dzisiaj znoszę je na bok z drogi i z chodnika. Korciło mnie, żeby przestać jeść mięso, dzisiaj nie wzięłabym go do ust. Dużo płakałam i dużo płaczę. Mam przed sobą moje zdjęcie z dzieciństwa, nie pamiętam nawet, skąd. Koszula chyba w kwiaty, zero uśmiechu na twarzy, chude nogi. Na innym ja i mój brat siedzimy na kanapie, która już dawno temu zniknęła z naszego domu. Spokojnie i pewnie patrzę w obiektyw. Czasem zastanawiam się, czego spodziewali się po mnie moi rodzice. Chodzili ze mną na sanki, próbowali zarażać mnie swoimi pasjami, zadbali, bym nauczyła się angielskiego, ale na co liczyli? Jakie mieli nadzieje, kiedy raz po raz zmieniałam plany i marzenia? Czy ktoś spodziewał się, że w wieku dziewiętnastu lat wyprowadzę się do Anglii, żeby studiować coś, czego tak naprawdę nie chciałam studiować? Że przeżyję tam najgorsze chwile mojego dotychczasowego życia, a zaledwie kilka miesięcy później jedne z najlepszych? Jak bardzo się zmienię i jak podczas każdego pobytu w Polsce będę miała wrażenie, że coraz bardziej oddalam się od tego, co było mi kiedyś bliskie? Rola geniusza w dziedzinie nauk ścisłych przypadła mojemu bratu. Nie chcę własnego samochodu. W głębi duszy uważam, że banki nadają się bardziej do tego, żeby wybijać szyby w ich filiach niż żeby załatwiać w nich jakiekolwiek sprawy. Mam pieniądze na nowe ubrania, ale wolę kupować używane. Nie jem mięsa, nie chcę płacić za nabiał. Bycie bogatą nie wydaje mi się pociągające, lecz odrażające. Nie mam ambicji zawodowych, najbardziej chciałabym nie pracować w ogóle, żyć w komunie, podróżować i pisać książki, starając się pomóc każdemu, komu będę miała okazję pomóc. Z czystej ciekawości zastanawiam się, czy w pewien sposób nie jestem rozczarowaniem.
May 5th, 200911:24 pm: O urodzinach Marksa
"...happy birthday dear Karl, happy birthday to you!"Co jak najbardziej zostało zaśpiewane do wydrukowanego zdjęcia. Kto nie był (a nikt z tych, którzy mogą to przeczytać, nie był) niech żałuje. Nawet jeśli Marks nic a nic go nie obchodzi lub wręcz działa mu na nerwy. Jeśli o tę postać chodzi ja sama mogę pochwalić się co najwyżej ignorancją (i znajomością Manifestu Komunistycznego). Co się pewnie któregoś dnia zmieni, ale kiedy dokładnie, nie mam pojęcia. Ale to nie ma znaczenia, bo było wspaniale. Tak cudownie, jak cudownie jest siedzieć na trawie, jeść wegańskie jedzenie rozłożone na czerwonej fladze, urządzać wyścig w biegu tyłem. To ostatnie skończyło się dla mnie upadkiem, kiedy oglądając się przez ramię, ostatecznie zmyliłam mój błędnik. Przegrałam też konkurs w pluciu pestkami z oliwek, ale za to mam zdjęcie w czapce z czerwoną gwiazdą. Wszyscy je mają. Jeśli je kiedyś dostanę, być może ozdobią mój pokój. Będę miała pamiątkę po jednej z niezwykłych chwil. Szczypta absurdu na odprężenie po bolesnych rozstaniach, długiej podróży i pierwszym z tegorocznych egzaminów. Wszystko spontaniczne i zarazem jak zainscenizowane. I to, jak Gabriel (przepraszam, towarzysz Gabriel) rapował wiersz napisany specjalnie na tę okazję, i marksistowskie interpretacje niemalże wszystkiego dookoła, i salutowanie odpływającemu z prądem rzeki portretowi, na wzór pogrzebu Wikingów. Jeszcze plany uwolnienia pasących się na drugim brzegu rzeki owiec i budowy domu z książek. Intensywna zieleń trawy i wilgoć przesycająca powietrze. Spokój i coraz więcej swobody. Zaznaczam, że wszystko to nie było moim pomysłem (chociaż pewnie niektórzy wcale by się nie zdziwili, gdyby jednak nim było). Zaznaczę również, bo jest okazja, że mimo niewątpliwego wychylenia daleko w lewo, nie jestem komunistką. Między innymi dlatego, że do określania się w ten sposób, wypadałoby mieć jakieś przygotowanie teoretyczne, którego w tej chwili nie mam. Głupio przypinać sobie etykietkę, o której ma się tylko ogólne pojęcie. Inna sprawa, że w ogóle nie lubię etykietek i wszelkiego rodzaju ram, między którymi należy się mieścić.
April 19th, 200910:25 pm: O zbliżeniu Polski z zachodem
Obecność zachodniego stylu życia dostrzec można w Polsce coraz wyraźniej. Coraz więcej szyldów w języku angielskim, coraz więcej importowanych markowych sklepów, ostatnio nawet zawitała do nas kawiarnia Starbucks. Wpływy unijno-europejskich sąsiadów dostrzec można także w teatrze. Jako wnuczka nauczycielki gry na fortepianie, przygodę z kulturą rozpoczęłam wcześnie i wcześnie wbiłam sobie do głowy, że strój, w którym słucha się koncertu lub ogląda przedstawienie, powinna cechować elegancja. Wiadomo, że do teatru, filharmonii czy opery nie idzie się "z ulicy". Wiadomo, że Polacy się stroją, a podczas przerw można pooglądać ładne kreacje i tychże kreacji pozazdrościć. Jest gdzie się w spędzających na wieszaku większość swej egzystencji ubraniach pokazać. Całe wydarzenie nabiera przez to specjalnego charakteru, lustrami, kolorami i światłem odcina się od brudnej, zakurzonej codzienności. Wiadomo też, że na zachodzie tłum śledzących ruch i dźwięk na teatralnej scenie często trudno odróżnić od tłumu wypełniającego przypadkową ulicę dowolnego miasta. Nic, że spodnie brudne, buty znoszone, a bluza bardziej na boisko niż do obcowania z wyższą kulturą się nadaje. Pamiętam popłoch, jaki wzbudzili Francuzi, którzy w takim mniej więcej stroju do opery się z nami wybierali. Innych, łatwiejszych do przełknięcia, pomysłów nie mieli i jedynie żałoba narodowa ocaliła nas przed niefortunnym faux pas. Nie rozumieli, czemu nie adidasy i pierwsze lepsze spodnie. Bo kogo to tak naprawdę obchodzi? Anglicy często w tym, co akurat mają na sobie idą i nijak to skierowanej do nich sztuki nie umniejsza. Ani nie jest mniej wyrazista, ani mniej piękna, ani nie traci głębi. Refleksje takie same wywołuje, w przerwach umilane lodami sprzedawanymi przez krążących po korytarzach kelnerów. Część tej zachodniej swobody zawitała już i do naszego kraju. Między eleganckimi kreacjami dostrzec można powyciągane sweterki i bluzy z kapturami, co więcej widok taki coraz mniej dziwi lub nie dziwi już wcale. Raz po raz pewnie budzi zgorszenie, ale czy nie jest to zgorszenie dość snobistyczne? Może niedługo wszyscy przestaniemy rozróżniać między ubraniami na wyjścia do teatru i tymi zakładanymi na ploty z przyjaciółmi? Może, jak publiczność pewnego edynburskiego teatru, pełnym dezaprobaty "buuu" witać będziemy wychodzących po oklaski odtwórców ról co czarniejszych charakterów? Trudno powiedzieć, co lepsze, co gorsze. Ja z przyzwyczajenia w teatrze preferuję nutkę elegancji. A miętowe lody, kupione w Edynburgu miedzy pierwszym a drugim aktem, dały mi wiele radości.
April 10th, 200909:55 pm: O tożsamości
A może wcale nie, bo tożsamość to za duże słowo. Nadmiernie rozbudowuje powagę i przygniata do ziemi przez lata gromadzonym ciężarem. Nie o tym. O dezorientacji związanej ze zmianą miejsca pobytu. O niepewności, dokąd się przyjeżdża, a dokąd się wraca. O tym, że nic już nie wiadomo i że wszędzie jest jakoś obco. W Anglii stanie zawsze z boku albo wrażenie, że stoi się z boku. Bariera językowa, niewielka, ale wystarczająco wyraźna, objawiająca się na przykład absolutną niemożliwością dzielenia się poezją i przez to podzielenia się moim ulubionym rodzajem muzyki. Świadomość, że nie chcę zostać, że nie podoba mi się tamtejsze przewrażliwienie na punkcie bezpieczeństwa, tamtejsza kontrola i ogólny przerost ugłaskanej formy nad treścią. Okrojone z wiedzy studia, próbujące zrobić ze mnie dobrego pracownika z ozdobionym litanią praktycznych doświadczeń CV. Ale tam jest duża część mojego życia. Tam piszę listy do dyktatorów i spółki, unikam zakupów w markowych sklepach i supermarketach, rozwieszam plakaty, zbieram pieniądze dla potrzebujących. Dokładam się do ratowania świata, świetnie się przy tym bawiąc grą na grzechotce z puszki. A także marnuję czas przed przypadkowymi filmami z indyjskim jedzeniem lub mieszanką warzyw, huśtam się na dziecięcej huśtawce w środku nocy, kultywuję polską kulturę narzekania w uniwersyteckiej kawiarni. Nie jest idealnie, ale przynajmniej ostatnio byłam spokojna, bardziej wiedziałam, czego chcę, nie wahałam się przed każdym krokiem. Chwytałam upływający czas i nie chciałam wyjeżdżać. Oczywiście tęskniłam za tym, co w Polsce, tęskniłam aż do bólu, ale teraz też tęsknię. I czuję się inna, dalej od tego, co mnie otacza. Nie na miejscu, też gdzieś z boku, zmieniona. Chyba rozumiem, o czym mówiła Hannah, chociaż ja wcale nie mam najbliższych przyjaciół w Anglii. Nagle nie wiem, czego chcę. Raczej nie zostać na wyspie dłużej, niż planowałam, ale odnajdywanie się na nowo w Polsce jest bolesne, powrót wcale nie przynosi ulgi.
March 19th, 200911:50 pm: Słowami Kaczmarskiego...
"W całym Kosmosie swą obecność Oddam za ziemię niebezpieczną.
Odstąpię ziemię z jej bogactwem Za myśli jasne, choć niełatwe.
Myśli wymienię, bo nienowe, Na niezużyte jeszcze słowa.
Przeznaczę słów gatunek pierwszy Na nieomylność moich wierszy.
Odstąpię wierszy doskonałość Za jedno ocalone ciało,
Za ocaloną duszę w ciele... Ale to wszystko tak niewiele"Mogłabym to napisać, bo to tak bardzo prawdziwe, tak bardzo moje. (Poza tym, że wierszy już nie piszę, ale to drobny szczegół.) Jeśli chodzi o moją codzienność, prawie nie wytrzymuję ładunku emocjonalnego związanego z pozornie tak suchym i nudnym przedmiotem, jak historia, cieszę się tymi kwitnącymi na biało drzewami, znalazłam się w przyszłorocznym komitecie grupy Amnesty International (ach, ta władza) i marzę o włóczędze po Europie. Wszystko razem, nieco chaotycznie, ale również (poza tymi łzami nad większością książek) niezwykle spokojnie.
March 2nd, 200909:30 pm: O najpiękniejszych dniach - przykład pierwszy
Są dni piękniejsze niż inne, które nawet kochając każdą chwilę kocha się bardziej, kiedy nie pozostaje nic innego niż powiedzieć sobie i wszystkim dookoła, że tak właśnie jest dobrze. Na urodzinach Anny nie było tłumów, ale bez tłumów jest najlepiej. Siedzieliśmy grzejąc się przy ogniu, właściwie jeszcze w obrębie uniwersytetu, ale jakby w zupełnie innym świecie. Piekliśmy ziemniaki i wegańskie kiełbaski, we wstawionym do ogniska garnku ugotowaliśmy warzywa, w ognisku upiekliśmy ciasto. Podawaliśmy sobie wegańską czekoladę i ciasteczka. Kilka osób wykonywało ten niesamowity taniec z ogniem, którego tak bardzo chciałabym się nauczyć. Wszędzie inspiracja, wszędzie niezwykłość, sama nie wiem czemu, zupełnie jakby ktoś wszczepił mi zupełnie inną percepcję. Craig grał na bębnie, a my złapaliśmy się za ręce i tańczyliśmy dookoła płomieni, raz drugi, trzeci, czasem przeraźliwie wolno, czasem jak najszybciej, wymachując nogami nad ogniem i starając się utrzymać równowagę na służącej nam wcześniej za ławkę kłodzie. Dorysowaliśmy sobie wąsy, bo tak chciała Anna. Rozmowy były poważne, bezsensowne i dziwne, wszystkie splecione w uroczą całość. Urzekło mnie i utkwiło w pamięci: - Ktoś podły. - Ktoś zły. - Jakiś kapitalista. Pomyślałam o tym, jak zwykle rozmawiam z moim bratem. I czułam się bliżej tych cudownych ludzi, silniejsza i bardziej pewna siebie. Pokazywałam Martynie, Gabrielowi i Annie, jak znaleźć na niebie Gwiazdę Polarną, śmiałam się i żartowałam, przeskoczyłam przez ognisko. Wracałyśmy pustymi ulicami, ja i Hannah i rozmawiałyśmy o tym, jak wiele jest do zrobienia, o ile ciekawiej i weselej jest w tych studenckich klubach, które mają na celu coś więcej niż dobrą zabawę. O tym, jak zawsze brakuje czasu. Stwierdziłam, że cieszę się, że jestem w Anglii. Że chociaż teraz cały czas tęsknię za Polską, będzie mi bardzo trudno już więcej tutaj nie wrócić.
January 26th, 200910:38 am: O historii
Najłatwiej wszystko traktować jak fikcję, pozwolić jednej, małej cząsteczce umysłu dziwić się, czemu ktoś napisał właśnie taki scenariusz, a wszystkie inne myśli wyciszyć. Wtedy pozostają łatwiejsze pytania: czy to nie jest trochę przesadzone? Czy to nie za dużo? Czy nie za mało? Ja bym to napisała inaczej, podkolorowałabym część szczegółów, inne zaś nieco bardziej wtopiłabym w tło. Tak jest najłatwiej. Jeśli się tego nie zrobi, pozostaje jedynie uwierzyć, że wszystko wydarzyło się naprawdę. Ludzie z tysiącami marzeń bez żadnego schronienia i bez drogi ucieczki. Pozostawieni sami sobie, przynoszący do kościołów kawałki kości, bo tylko tyle zostało z ciał ich najbliższych, ale przecież i tak mają oni prawo do pogrzebu. Chwytający się resztek nadziei, która ostatecznie i tak ich nie uratowała. Pełni rozczarowanej, zdradzonej wiary. Historia ludzkich pomyłek, złudzeń, okrucieństw i zbrodni. Trzeba przewracać stronę za stroną, nawet gdy to już za dużo, gdy już od dawna nie można wytrzymać. A przecież to, o czym się czyta, to tylko przerażająco niewielka cząsteczka całości. Niezwykle smutne studia.
January 11th, 200906:42 pm: O pożegnaniach
Ktoś znika za szybą autobusu, za zakrętem, wśród ludzi, w wirze płatków śniegu. Ostatnie uściski, machnięcia ręką, słowa. Na jakiś czas, ale przecież równie dobrze mogłoby to być na zawsze. Uczucie musi być podobne. Może trochę silniejsze, dłuższe, szybciej rozlewające się po myślach i ciele. Tak naprawdę nigdy nie żegnałam się za zawsze. Może zdarzyć się tak, że już więcej nie spotkam wielu ludzi, ale kiedy znikali, nie wiedziałam tego. Może to bez znaczenia? Może pożegnania są zawsze takie same? Może niczego w nich nie ma, tylko ja coś wymyślam i to coś przeżywam? Ciągle się z kimś żegnam, poznaję nowych ludzi, prawie zapominam o innych, tęsknię. Wielu znajomych w różnych częściach świata to przede wszystkim utrata poczucia stałości w przyjaźni. Może stalibyśmy się sobie bardzo bliscy, gdyby nie dzieliły nas lub nie miały rozdzielić w najbliższej przyszłości tysiące kilometrów? Na odległość można wiele, ale jak długo? Można się odwiedzać, ale jak często? Jak wiele da się napisać albo powiedzieć przez telefon? Im pełniej spędzaliśmy razem czas, tym bardziej boli. Jeśli ma się w perspektywie spotkanie, można żyć przyszłością. Jeśli nie, zostaje przeszłość, wspomnienia i zdjęcia, nadzieja. Zbyt mało osób jest tu i teraz.
December 16th, 200811:03 pm: O podróży i wieczornej chwili
Szłam przez wciąż pogrążone we śnie i w nocy Norwich, nagle ogarnięta niespodziewaną tęsknotą. Za czym? Za tym zimnym domem? Za kilkoma osobami? (oczywiście, że za kilkoma osobami) Za przemierzaniem kilka razy dziennie tej samej trasy, upieraniem się, że nie rozejrzę się, przechodząc przez jezdnię i zrezygnowanym brakiem zdziwienia, gdy znów docierałam na drugą stronę? Szłam przez Norwich, rozmawiając nie pamiętam już o czym. Trochę o kręceniu filmów. Na chodniku najbardziej rozrywkowej ulicy czerwieniła się krew. Nikt już nie imprezował, wszyscy rozeszli się do domów, we własne rozkosze, lęki i sny. Wieczorami zawsze boję się ludzi na tej ulicy. Przeraża mnie ich pijacka agresja, ubrania przypominające strzępki ubrań, stroje jak wyciągnięte z jakiejś chorej groteski. Jechałam pociągiem, oddalając się od rozżarzonego brzaskiem wschodniego horyzontu. Trochę patrzyłam na rozdzierającą spokojnie granatowe niebo czerwień, trochę czytałam Vonneguta. Parę zdań i zerknięcie za okno. Wyobrażałam sobie, że wyjeżdżając, poczuję ulgę, ale nie było niczego takiego. Coraz gorzej, zamiast coraz lepiej. A zostawać nie chciałam, zdecydowanie, na pewno. Siedziałam w londyńskim metrze, którego tak nie lubię. Coraz więcej ludzi wsiadało z walizkami, wszyscy jechali na lotnisko. Dokąd się wybierali? Do domu czy od domu? Po odpoczynek? Przeczytałam ogłoszenie jakiejś organizacji charytatywnej, informujące ile dzieci umiera w Afryce przed drugim rokiem życia i rozpłakałam się. Tylko kilkoma łzami w kącikach oczu, ale przecież płakałabym bardziej, gdyby znikli otaczający mnie ludzie. Płaczę głównie w nocy i w samotności, a potem cały dzień próbuję ukrywać niewyspanie. W samolocie znalazłam się gdzieś między snem a jawą, zapewne przez Vonneguta wyobrażając sobie Drugą Wojnę Światową. Turbulencje były mi obojętne. Podczas lotu albo wiele rzeczy mnie przeraża albo zupełnie nic mnie nie wzrusza. Na Okęciu jak zwykle nie rozpoznałam mojej walizki, znalazłam ją dopiero, kiedy większość bagaży została już zabrana. Ale znalazłam. Tym razem nic się jej nie stało. (Pewnie zaginie, kiedy będę leciała do Australii.) W Polsce dni mijają nieźle, a wieczory ciężko. Mam tu nieco więcej światła, niż w pokoju w Anglii. Chcę pisać, ale nie mogę, nie mam siły. Myślę o koleżance, która miała przejść dziś operację. Wiem, że wszystko od dawna było pod kontrolą, że teoretycznie nic nie ma prawa pójść nie tak, ale mimo wszystko boję się, że mogłaby zniknąć. Nigdy więcej nie mówić mi, że za mało jem. Nigdy więcej nie zapytać, czemu mój chłopak nie zostaje na noc, na co ja wzruszam ramionami, bo nie chcę powiedzieć, że on rano biega i pewnie woli sobie pobiegać niż zostać. Myślę, o ludziach, których znam i kocham i nie wyobrażam sobie utraty kogokolwiek. Pewnie wytrzymałabym, gdybym miała nigdy więcej ich nie zobaczyć, wiedząc, że istnieją, ale jak miałabym znieść wiadomość, że ktoś z nich przestał istnieć?
November 18th, 200809:40 pm: O ojczyźnie
Zebrało mi się na typową nostalgię emigranta i wzdychanie do kraju lat dziecinnych. Rozmaite rzeczy przychodzą do głowy na wygnaniu, nawet jeśli to wygnanie dobrowolne (choć skomplikowane przez niepewność, ile prawdziwej woli było w tym wyborze). Moja ojczyzna to przede wszystkim kilka osób, które zostały tam, gdzie mnie nie ma. Długie rozmowy przy grzanym winie w nastrojowych kawiarniach. Więcej zrozumienia i akceptacji dla tego, że może nie być "fine". Jeszcze radość przychodząca z każdym pierwszym śniegiem, nawet gdy ten szybko zamienia się w szarawą breję, mazurskie jeziora, zapach sosnowych lasów, chwile przeleżane na mchu. Gęsta gorąca czekolada. Muzyka splatająca się z poezją. I właśnie język, ze wszystkiego, co mogłoby tworzyć jakąkolwiek narodową tożsamość, właśnie i tylko język. Najukochańszy i najpiękniejszy, może dlatego, że znam go najlepiej, a może rzeczywiście łatwiej wyrażać w nim myśli i uczucia niż po angielsku? Może łatwiej uczynić go pięknym? Mogę nie do końca rozumieć, co miałoby oznaczać dla mnie pojęcie narodu, ale w moim języku jestem zakochana. Tak bardzo przeszkadza mi, że nie mogę podzielić się z kilkoma osobami poezją, którą uwielbiam. Może by im się spodobała, może pokochaliby ją tak samo, jak ja i moglibyśmy łączyć się w zachwycie, ale przecież nic nie zrozumieją, to nie ten język. Nawet jeśli istnieje tłumaczenie, nie wywołuje takiego dreszczu. Czytając w innych językach nie będziemy się cieszyć tymi samymi słowami.
October 27th, 200811:17 pm: O możliwościach
Mogłabym z rozchodzących się w zawrotnym tempie oszczędności wyłuskać parę funtów na przyzwoitą linę, zapętlić ją w mniej-więcej szubieniczny węzeł i powiesić się na pierwszej lepszej gałęzi. Zawsze, w każdej chwili. Ale to zbyt zwyczajne, narobi za dużo zamieszania i boję się uduszenia. Czy boję się go bardziej niż nie lubię życia, to dyskusyjne. Tak jak to, czy naprawdę nie lubię życia, czy też byłabym w stanie znowu się nim cieszyć w sprzyjających warunkach. Zaczynam od samobójstwa dla podtrzymania tradycji i dlatego, że właśnie taki początek sprawia, że się uśmiecham i nabieram dystansu. Bo mogłabym, czemu nie? Najzwyczajniej w świecie, naturalnie, bez sentymentu. Mogłabym też zostawić moje studia, którymi nie potrafię się już cieszyć, za to martwię się i stresuję wręcz perfekcyjnie, a następnie zacząć inne. Nie wiem, jakie, ale wiem, że nie tutaj, już nigdy nie tutaj. W Polsce. Myśląc, że tam już zostanę, ale przecież jednocześnie nie wyobrażając sobie, jak miałabym wytrzymać całe życie mieszkając w jednym kraju. Albo nie zaczynać nowych studiów, tylko pojechać w świat, szukając szczęścia pod kamieniami i w zaroślach. Pisać i podróżować, tak, jak zawsze chciałam. Bo po co tak naprawdę mi studia? Nie uczę się niczego, czego nie mogłabym nauczyć się sama. Może nawet sama, nieskrępowana stresem i obowiązkami, uczyłabym się szybciej i więcej? Tylko dyplomu by mi brakowało. Tylko kawałka papieru. Czy to możliwe, by jeden kawałek papieru był aż tak ważny? Chwilowo wszystko wskazuje na to, że zamiast najlepszego wybieram najgorsze z możliwych rozwiązań i ciągnę to, co zaczęłam, bo podobno trzeba kończyć to, co się zaczęło. Nie rozumiem, czemu. Nie wiem, czy nawet, kiedy nie widzi się w tym żadnego sensu. Kiedy się nie chce. Ale przecież nie chcę też niczego innego. Żeby było inaczej, owszem, ale nie konkretnie. Nigdy nie wychodziło mi to co konkretne, praktyczne, do rzeczy. (W tym momencie mój nabrany wcześniej zapas dystansu się wyczerpuje i należy przestać pisać.)
October 15th, 200811:30 pm: Varia
Pomalowałam paznokcie na zielono i jest to jedno z najweselszych wydarzeń ostatnich dni, czym zasłużyło sobie na wzmiankę już w pierwszym zdaniu. Lepiej było oczywiście w Edynburgu. Tak dobrze, że przy powrocie zrobiło się wręcz katastrofalnie źle. I w autokarze w niepowtarzalnym towarzystwie inteligencji rosyjskiej, i w londyńskim metrze, i w mknącym przez noc pociągu, za którego oknami rozciągała się nieskończona, lecz dziwnie płytka, czerń. Za pamiątki ze Szkocji posłużyć muszą ubranka, pluszowy pingwin, wrzosowa herbatka i pomarańczowy ołówek "made from one recycled plastic cup". Zdjęć jest mało, bo złośliwe słońce zawsze świeciło z nieodpowiedniej strony. Ale po co mi zdjęcia, skoro mam wspomnienia i mogę je zamknąć w słowach lub, jeszcze lepiej, wcale nie odbierać im wolności? Niech dryfują przez fantazje, niech zmieniają kształt, aż powstanie z nich coś niepowtarzalnie pięknego. Boję się wszechobecnych tutaj pająków. Boję się odezwać na zajęciach. Boję się, gdy rozumiem, że przyszłość może stać się rzeczywistością i że będę musiała przeżyć moje życie. Ale boję się też tego, że to życie mogłoby się skończyć w nagłym, śmiesznym przez to, jak drobnym, kaprysie przypadku.
September 29th, 200801:03 pm: O idealnych porankach
Zdarzają się rzadko. Nie można obudzić się za wcześnie, bo wtedy cały urok pryśnie pod nowym, głębokim snem lub uporczywą bezsennością, ani za późno, by nie wtrącił się wewnętrzny przymus powrotu do świata. Trzeba dobrze wyczuć ten moment, w którym można lekko unieść powieki i po zerknięciu na zegarek, owinawszy się kołdrą, wrócić gdzieś między sen a jawę. Już nie w niekontrolowane fantazje, ale jeszcze nie w sferę świadomości. Kołysać się w lewo i w prawo, w przód i w tył, muskając wszystkie skrajności i powoli, ale bardzo, bardzo powoli, zanurzając się w tę prowadzącą w stronę dnia. Otworzyć oczy, zachwycając się tym, co się zobaczy. Wstać bez pośpiechu, zmyć senność doskonale letnią wodą, pozwolić włosom schnąć, wdychając zapach szamponu. Z niczym się nie spieszyć. Zaparzyć starannie wybraną herbatę i usiąść ze śniadaniem na kanapie w salonie, zamieniając z kimś kilka słów lub swobodnie pluskając się we własnych myślach. Nie może być zbyt zimno, bo chwytający skórę chłód odbiera płynność wszystkim ruchom. Nie można czuć przymusu, ograniczać się planami i zobowiązaniami. I nie może być tak, że coś buntuje się przed wyjrzeniem na świat, zwija ciało w kłębek, zakrywa kołdrą, zaciska powieki i krzyczy, że ze wszystkich sił, najprawdziwiej, jak tylko potrafi, nie chce już mieć z niczym nic wspólnego.
August 28th, 200811:43 pm: O tym, co się ostatnio nazbierało
Wysłałam właśnie opowiadanie na raczej ostatni już w moim życiu konkurs i, tak, zrobiłam to dla pieniędzy, chociaż nie wierzę, żebym jakiekolwiek pieniądze wygrała. Ale potrzebuję ich na przyszłoroczną podróż do Australii, Korei lub jeszcze gdzie indziej. Podróż musi być, może z nią będzie mi trochę lepiej. Dlatego wysłałam i teraz czekam na wyrok. Ale tak naprawdę chciałam napisać o tym, jak pięknie sobie żyliśmy ja i mój braciszek, kiedy nasi rodzice byli w Kenii (i na wypadek, gdyby jakiś mój rodzic tu trafił, zaznaczam, że nie mówię przez to, że kiedy są w domu, nie jest pięknie). Frodzio chodził rano po zakupy, ja po południu, wracając z miasta. Lodówka i tak stała prawie pusta, czegoś brakowało i o czymś zapominaliśmy, bo w życiu praktycznym jesteśmy raczej kiepscy. I jak cudownie było, kiedy wreszcie przestało się narzucać! Oglądaliśmy dużo filmów i programów, planowaliśmy idealny świat i analizowaliśmy ten istniejący. Starczyło czasu na zachwyt nad tramwajem (tak podobny do zachwytu nad minerałami w Pradze!), odmówienie racji bytu zdaniu "Ala ma kota" i inne rozmowy, które o realność tylko zahaczały. Pamiętając o tym, co jest. Nigdy nie zapominając o tym, co jest. Oczywiście nie zabrakło także wzajemnego nakręcania się na poczucie winy, ale przechodziło jakoś szybciej, niż zwykle. Kocham, kocham te nasze rozmowy! Poza tym odkryłam, że znów trzeba będzie coś zmienić na studiach. Tym razem tylko przedmioty, nie kierunek, co uważam za niezwykły wręcz postęp. Mój kierunek lubię. I nigdy nie twierdzę inaczej, chociaż pewnie można o tym zapomnieć, kiedy rozwodzę się nad tym, jak mogłoby być. Ale do Anglii nie chce mi się wracać. Tam rzadziej myślę, że jest tak, jak powinno być (chociaż to właśnie tam na chwilę zwariowałam i twierdziłam, że jestem szczęśliwa), a poza tym obawiam się mieszkania z miss świata in spe. To drugie bardziej. Najbardziej chciałabym pomieszkać sama.
August 6th, 200811:23 pm: Szwajcaria - Francja - Czechy
Opisywanie miesięcznej podróży zajęłoby mi za dużo czasu i za dużo miejsca, a w tej chwili zwłaszcza tego pierwszego trochę mi szkoda. Wiem, że to brzydko na samym początku zaznaczyć, że czynność, do której właśnie się przystępuje, zamierza się wykonać po łebkach, ale mam w tej chwili inne rzeczy do pisania (gdybym jeszcze mogła, zwłaszcza sobie, obiecać, że którąkolwiek naprawdę napiszę!). Dlatego zamiast tworzenia rekordowo długiego ciągu słów, spróbuję streścić, jak mniej więcej wyglądałby ten tasiemiec w wersji dokładnej i starannej. Pierwsza część, mój jeden cały dzień, skrawek wieczoru i skrawek przedpołudnia w Genewie, nosiłaby tytuł "Znajomości przypadkowe i krótkotrwałe". Ukrainka spotkana w hostelu i dwóch chłopaków, na których natknęłyśmy się nieco później. Żadnego wymieniania numerów lub adresów, żadnych planów pozostania w kontakcie, tylko ten spacer, trochę śmiechu, gorąca czekolada. Swoboda. Po co komu zobowiązania na każdym kroku? Francja jest bardziej problematyczna i złożona. Na osobne miejsce i laury wyjątkowości zasługuje Notre Dame de Saint Cassin lub inaczej głupia baba, której w niecałe dwa tygodnie udało doprowadzić do tego, że naprawdę (ani trochę nie przejaskrawiam) robiło mi się niedobrze na dźwięk jej głosu. Trzeba wspomnieć też o tym, że w weekendy, zwłaszcza podczas wycieczek w góry, padało, a kiedy musieliśmy siedzieć w szkole, pogoda była w sam raz na wycieczkę, a następnie wymienić dziwny francuski zwyczaj zamykania sklepów w niedziele, poniedziałki i podczas naszej przerwy na lunch. Deficyt kanapek z serem w kraju słynącym z serów. Zbieg okoliczności, który pozwolił mi spotkać Klaudię w Lyonie. Mieszankę wybuchową, w której francuski i angielski stapiają się w jedno. I zapominanie Sergieja, którego wcale, wcale, wcale nie chcę zapomnieć. Czechy to po pierwsze założona w leśnej głuszy komuna, oficjalnie obóz dla dzieci, w praktyce też, wyjąwszy noce, które były obozem dla kadry. W komunie, jak to w komunie, mój olejek do opalania stał się dobrem wspólnym i zniknął, w odpowiedzi na co, ja również uwspólniłam ten, który akurat wpadł mi w ręce. Widoki na naturę przepiękne - z jednej strony ogromne lasy, z drugiej prezentowane w całej okazałości ciała kąpiących się nago mężczyzn. A na koniec noc pod gwiazdami w ruinach zamku, ciepła, cicha, taka, o jakiej zawsze marzyłam. Później już tylko Praga pełna absyntu i biżuterii, którą mieć trzeba, lecz nie można, bo dostępu strzeże złowroga cena. Dzień spędzony w pociągu. Patrzę na rozciągające się za oknem pola, zastanawiając się, kto w ogóle zmartwiłby się prawdziwym, szczerym zmartwieniem, gdybym naprawdę się zabiła. Wymieniam parę osób, parę odrzucam, parę dodaję z powrotem, stwierdzam, że to wszystko tylko iluzje. Tak mijają godziny i oto znów jestem w Warszawie, w domu moich rodziców. Jeszcze dzień wcześniej tęskniłam, ale teraz już nie. Mogłabym podróżować dalej, przyzwyczaiłam się do bycia gdzie indziej.
June 27th, 200803:46 pm: Kolejne opowiadanie
Próbuję pisać, ale jak zwykle albo jestem zbyt leniwa, albo zadręczam się myślą, że i tak nie potrafię stworzyć nawet dwóch zgrabnych zdań. Tytuł "Przygoda z optymizmem" ukradłam bezwstydnie z rozmowy z Olą i Karoliną, zresztą całość jest raczej autobiograficzna, tu i tam tylko doprawiona fikcją. Miała być w pewien sposób inna, ale wyszło, jak zwykle. Znowu. Najwyraźniej tak naprawdę nie chcę niczego zmieniać. Poniższy fragment jest nieco przesadzony, chociaż wcale nie tak bardzo. "Co może wiedzieć o pozytywnym myśleniu osoba, która w szkole podstawowej zrezygnowała ze skoku z okna jedynie za sprawą nagłego szeptu realizmu, tłumaczącego, że pierwsze piętro to bardzo niepewna wysokość? A taką właśnie osobą byłam, jestem i będę i nawet, jeśli trudno mi przypomnieć sobie wcześniejsze samobójcze ciągoty, o późniejszych mogę mówić godzinami. Nie robię tego z troski o ewentualnych słuchaczy, ale mogę, żaden problem. Ze wszystkich niezliczonych marzeń, obok sukcesów literackich i nieskażonych planowaniem podróży, to, żeby umrzeć, powraca najczęściej. Myśl o odebraniu sobie życia zjawia się, dajmy na to, raz na trzy dni. Nie wiem, czy to często, czy rzadko, zresztą niewiele w tym prawdy. Czasem przez kilka, (gdy los jest wyjątkowo łaskawy - kilkanaście), dni z rzędu jej nie ma, czasem towarzyszy mi od rana do późnej nocy. W paleniu najbardziej kusząca wydaje mi się wypisana dosłownie czarno na białym obietnica, że mnie to zabije. Mogę zacząć rozmowę od wymarzonej pogody na spacer, a i tak, jeśli nawet nie w słowach, to w myślach, prędzej czy później dotrę do otwierania żył, obowiązkowo na całej długości od nadgarstka do łokcia. Gdyby okazało się, że każdy ma w życiu kierujący nim motyw przewodni, dla mnie byłoby to samobójstwo. Jeśli istnieje przeznaczenie, moim jest się zabić."
Powered by LiveJournal.com
|